Kategorie

  • Brak kategorii

„Istoty”

Nie było pierwszego drzewa.
Las nigdy nie był młody.
Był zawsze tam, gdzie był.

Nie było pierwszego drzewa,
źdźbła trzciny,
kamienia.

„Oto człowiek”
raz jeden powiedziano.
Pierwszy i ostatni.

Żadne drzewo nigdy
nie będzie
ostatnim.

X 2013

Klejnot.

Ostatni wielki mistrz zakonu templariuszy, Jakub de Molay, przed spaleniem na stosie wydrapał na ścianie swojej celi napis: „Ten klejnot jest mój”. Zdarza się, że znajduje ktoś klejnot, który po pewnym czasie oprawia w złoto i nosi z dumą na palcu. Czas pokrywa go patyną, brudzi go gnojowica, aż klejnot wypada z obsady i ląduje w błocie. Pozostaje człowiekowi złota obrączka, jako pamiątka dawnych zachwytów, praw i obowiązków. Wtedy ktoś inny znajduje go w bagnie, czyści, spoziera i rozpoczyna własny kult. Klejnoty bywają cenne, ale nie wyłącznie.

„Przedstawienie”

Wniósł do mojego życia
dwie wiadomości:
dobrą i złą.

Dobra była taka,
że raz mnie uratował.
Zła, że potem mnie zabił.

To chyba się nazywa być kwita.

VIII 2013

„Skazka”

Poszli wysoko w góry.
Na niebezpieczną wspinaczkę
na nieznany szczyt.
Ludzie w wiosce mówili,
że mieszka tam bóg.
Stary szewc
i złote jajo w torbie.
Szli bardzo długo,
każdy kamień w bucie szewca
spowalniał trud.
Kiedy bezsilny spadał w przepaść,
z jaja wykluł się złoty ptak.
Szewc złapał pana boga za nogi.
Ale ptak krzyczał:
chcę latać, chcę latać!
Szewc go puścił,
bo ptak go nie trzymał.
I spadł.

VIII 2013

„Dzień sądu”

A jak Szatan mnie spyta

Co zrobiłeś za życia

Odpowiem

Bywałem

 

II 2010

„Żywot nasz walka ze światem, Szatanem lub samym sobą”

Świat tąpnął.

Zachód zapadł się na

Wschód żywota.

 

Czterech Szatanów patrzy w moją stronę –

trzy z nich opróżnione…

Kuszą mój głód życia.

 

Czy Szatan istnieje,

czy walczę ze sobą?

 

Szatan pisze na pustej tablicy

co zechcę.

 

X 2009

„Ciała”

Skronie im nie zdążyły posiwieć
Zmarszczki się wgłębić
Czytałem setki książek
Oglądałem dziesiątki filmów
O tych, którym zdawało się,
Że są ponad to
Zdawało im się

XII 2012

Rozkład. Starość.

W łazienkach w domach starych ludzi pełno jest różnych wiaderek, miedniczek, cebrzyków napełnionych wodą w wielu odcieniach szarości; linek i sznurków do rozwieszania zupełnie niepotrzebnych ręczników, ręczniczków, szmatek, gałganków; szarych mydeł, spękanych artretyzmem; reliktów dawnej użyteczności łaziebnej, dziś mających jedynie znaczenie dekoracyjne, w swoistym dla starych ludzi znaczeniu, przecieranych, przepieranych, celebrowanych, jakby nadal czemuś służyły, mimo że wcale do niczego się już nie nadają.
Tak samo wyglądają ich pokoje. Relikwie po dawno wybyłych dzieciach, po rzadko odwiedzających ich wnukach, po młodości i wieku produkcyjnym tych starych ludzi. Kotwice przeszłej normalności, z których każda przywodzi na myśl coś, o czym wie jedynie mieszkaniec domu. Nic nieznaczące zdjęcia, obrazki, nieczytane książki, suweniry z wczasów pracowniczych w postaci dziwacznych figurek i muszelek. Zabawki dziecięce, służące tylko zbieraniu kurzu, żeby było o co zadbać, żeby czuć się potrzebnym, w pustych w rzeczywistości, ścianach takiego domu. Oszustwo wobec swojego ego na małą skalę. Domowa apokalipsa starożytnej cywilizacji.
Armageddon z upływającym czasem toczą wycięci z gazet papieże Wojtyłowie i Matki Boskie, oprawieni w ramki; okupujący ściany i półki, sąsiadujący ze sobą niezależnie od okresu liturgicznego, barankowie cukrowi i aniołowie słomiani. Po partyzancku, wśród pradawnych paproci, walczą jak dinozaury o realną teraźniejszość i nierealną przyszłość. Nie mają świadomości, że to wojna już dawno przegrana.
Podłogi, ściany, sufity, chodniki, zlewozmywaki zachowują się, jakby czyste były z natury. Nawet ewentualna pajęczyna, przeoczona jaskrą, ma sprawiać wrażenie sterylnej. Nie ma na niej pająka. Zdechł wiele lat temu. Ale jego dom pozostał i sugeruje, że tu nadal toczy się jakieś życie. Pozory brudu, pozorami życia. Wszystko pozorne.
Żyją więc starzy ludzie w starych domach, wśród starych boazerii i lamperii, niewidomych luster z odlazłym tlenkiem srebra, meblościanek i półkotapczanów, łuszczących się parapetów, przepalonych żarówek, hen, za wysoko, biurek, do których nikt nie siada, by czegokolwiek się nauczyć, kulawych krzeseł i stołów, zastaw ze ślubnego prezentu, dyplomów za niewiadomoco, otępiałych krajalnic do chleba, sypiących pierzem jak z rękawa kołder, oszczędności ukrytych w szafie między pożółkłymi obrusikami, zatrzymanych zegarów. Tik tak tik tak stop.

„Kwiat polowy”

Z tej mąki chleba nie będzie,

mówili.

Ale poszedł. Na kolację.

Śniadanie.

Obiad.

Kolację.

Śniadanie.

Obiad.

Kolację…

Bo go jedzą kłosy zbóż.

VIII 2012

„Odwyk(ł)”

Wracam do domu

przeważnie sam

Jadę do pracy

zazwyczaj tramwajem

Śpię na posłaniu

czasem nocą

Spożywam posiłki

rzadko na ciepło

nigdy na mieście

Kroję chleb

zawsze nożem

niekiedy jeszcze Tobą

I 2012